Awarie - ciąg dalszy
Następnym denerwującym przykładem awarii jest spóźnianie się lub w ogóle nie przyjeżdżanie tramwaju. Spóźniony jeszcze da się przeżyć, jednak jak nie przyjedzie, to już nie. Najgorsze jest to czekanie na przystanku aż w końcu przyjedzie, tracenie nadziei. Tramwaje kursują w moim mieście równo co dwadzieścia dwie lub dwadzieścia trzy minuty. Niestety nie raz, spóźniłem się z ich powodu. Chociaż czasami się to przydawało jak byłem młodszy - miałem wymówkę, żeby nie pójść na pierwszą lekcję. Przydatne to było o tyle, że często na pierwszych lekcjach miałem takie przedmioty, na których nauczyciele lubili pytać. Przez te lata zaobserwowałem jedno. Zawsze na zimę gdy spadnie pierwszy śnieg, tramwaje lubią nie przyjeżdżać. Jeszcze nie było początku zimy, żeby wszystkie tramwaje przyjechały punktualnie. Dlatego zawsze jak spadnie pierwszy śnieg, nie liczę na tramwaje i szukam innych środków transportu. Historia którą teraz opowiem, to raczej nie awaria, tylko swojego rodzaju ciekawostka. Jadę tramwajem, staje on na przystanku w centrum. Wszyscy wsiedli i czekają na zielone światło, zapala się, jednak motorniczy nie zamyka drzwi i nie rusza. Zapala się czerwone światło, znów zielone i znów nic. Taka sytuacja powtórzyła się kilkanaście razy. Wszyscy zdenerwowani co się dzieje. Po jakiś dziesięciu minutach wraca motorniczy z kierunku domu handlowego. Wsiada i rusza. Domyśliłem się, że załatwiał swoją potrzebę. W końcu motorniczy też kiedyś to musi zrobić, a łazienki w tramwaju niestety nie ma.